Bridget Jones 3

Każdy miłośnik czegokolwiek ma w swojej dziedzinie jakieś wyjątki, które nie o tyle potwierdzają miłość, jak pokazują, że nie wszystko w świecie jest doskonałe i zjadliwe przez naszą osobowość i wyrabiany na przestrzeni lat gust. Nie ma co skreślać tego bezpowrotnie, gdyż wielokrotnie każdy z nas doświadczył jakiegoś przełomowego momentu, typu polubienie groszku, czy szczawiowej. A nawet jeśli uporczywie tkwimy w antypatii przez lata i zapowiada się, że nie po drodze nam z tym czymś jednak już na wieki, to bierzmy pod uwagę to, że nie dlatego, że to coś jest złe, a dlatego, że trochę tego nie rozumiemy. Do czego zmierza moja nieudolna filozofia? Tak jak nie po drodze mi z techno i disco polo, o czym pewnie wspomnę niejednokrotnie przy okazji artykułu muzycznego, tak również średnie dogaduję się z humorem w komediach wielkiego ekranu. I nie to, że mam problem z całym gatunkiem, lubię wiele komedii, co jednak nie równa się z wysoką oceną dla nich, a już na pewno nie równa się z wybitnym ubawieniem się podczas ich oglądania. Moja natura ma dużo większe skłonności do płaczu na dramatach niż śmiechu na…czymkolwiek. To też się zmieniło wraz z dojrzewaniem, hormonami. Kiedyś nie ruszało mnie nic, żadne pieski, kotki, martwe, żywe- przeżywałam to, ale nie dawałam upustu łzom. Łatwiej się śmiałam. U mnie w domu niebezpiecznie często leciały w TV kabarety, tata jakoś preferował. Byłam młodsza, może głupsza, podobało mi się i szczerzyłam japę. Trochę za tym tęsknie, teraz żeby się rozbawić muszę włączać milionowy raz któryś z odcinków Przyjaciół, byle jaki wywiad z Jennifer Lawrence, ewentualnie coś z Kołaczkowską, a najlepiej przemowę otwarcia Oscarów Ellen DeGeneres. Na tym lista się kończy.

bjones-baby-teaser
Bridget Jones’ Baby, 2016

Rok 2016 przyniósł mi pierwszą, po wielu miesiącach, komedię, na której wydałam z siebie coś bardziej entuzjastycznego, niż „hah”. To był wielki sprawdzian dla tego filmu, taki mój prywatny, mocno osobisty i emocjonalny test dla tej produkcji. Dość istotnej. To jest dla mnie film zaczarowany. Jestem mniejszością narodową…międzynarodową, która nie płakała na Królu Lwie, czy Pocahontas, a nawet w połowie poszła coś zjeść, bo ją nudziło, Na Harrym Potterze robiła szlaczki w zeszycie, bo to wydało się bardziej magiczne i prawdopodobnie tą, która na wielu innych ważnych, wyjątkowych filmach dla 90% mojego pokolenia, czy to animowanych, czy nie, robiła coś innego, niż patrzenie w ekran i zachwycanie się. Podejrzewam, że naraziłam się niemałej ilości ludzi. Ale w tym przypadku, w tym filmie, w tej, póki co trylogii, szłam z tłumem. Tłumem w większości starszych ode mnie kobiet. Przyjaźnie się ze sporo starszymi ode mnie to i filmy oglądałam nieadekwatne do mojego wieku. Tak było z pierwszą częścią cyklu o Bridget Jones- Dziennik Bridget Jones. Ta właśnie część wyszła jak miałam 5 lat. I choćbym najbardziej w świecie wierzyła w swoją wyjątkowość, wiem, że nie mogłam wtedy zakochać się w kreacji Renee Zellweger. Ale wiem też, że nie mogło być to dużo później. Dla tych, co nie wiedzą, o czym opowiada historia pulchnej, rozkosznej Bridget. Otóż Pani Jones jest 32 letnią przemiłą osobą, która nie stroni od … niczego. Nie boi się glutenu i nadmiaru węglowodanów, wielkich wyszczuplających gaci, nie boi się wytrąbić samotnie butli wina robiąc krótką przerwę na szluga. Jej życie uczuciowe to trochę żena, ale wraz z nowym rokiem postanawia jakoś zawalczyć o swoje zapisując wszystko, co istotne w swoim dzienniku. Przedziwnie się ubiera i rozwala każdą możliwą sytuację, niepoprawnym tekstem, czy swoją nieporadnością, ale mimo to wdaje się w romans z jeszcze pięknym i młodym Hugh Grantem, który wyrywa laski na potęgę. Jej mama, kobieta również z kosmosu, ale zdecydowanie innej jego części niż Bridget, woli swatać ją z porządnym, ździebko nudnawym Colinem Firthem, który ma super sweter z reniferem.

tumblr_nc9t0ik4ac1tfyxr5o1_500
Bridget Jones’ Diary, 2001

Moja mama bardzo lubiła ten film, a odkąd potrafiłam podnieść łeb do wysokości telewizora zachęcała mnie do poszerzania wiedzy o kinie. Nie to, że spędzałam godziny przed ekranem, choć swoją drogą nie uważam, żeby dużo zdrowsze dla oczu było ślęczenie nad książkami z małymi literkami w nierzadko słabym świetle, zawsze chwali się czytanie i wyróżnia jako bardzo edukujące, zgadza się poszerza słownictwo i poprawia ortografię, logikę i pewnie mnóstwo innych rzeczy, włącznie z gotowaniem i sprzątaniem, ale denerwuje mnie pomijanie innych form docierania do wiedzy, kino wcale nie jest gorsze. Nigdy nie byłam fanką książek, jak na studentkę polonistyki, czy dziennikarstwa to dość rzadkie. Przyjmijmy, że obalam stereotyp. Dobra, bo tracimy wątek. Po wielkim sukcesie pierwszej części włącznie z nominacjami do Nagrody Akademii, Złotego Globa i BAFTA dla Najlepszej Aktorki Pierwszoplanowej, telewizja puszczała dość chętnie film. Więc podejrzewam, że w wieku 7/8 lat mogłam wejść w świat Bridget, z którą z roku na rok mogłam się bardziej utożsamiać, nie dlatego, że w wieku 8 lat byłam starą panną, pijącą, palącą i bluźniącą. Ale ze względu na niezdarność, poczucie humoru, absurdalną niekiedy naturalność, niecelową nieprzyzwoitość, bo choć postać jest niewiarygodnie komiczna, to każdej z nas zdarzają się pewnie podobne sytuacje, czy weltschmerze, ale nie wychodzimy z nich chyba z takim urokiem. Muszę się przyznać że, wyparłam ze świadomości, że przy słowie komedia stoi przymiotnik wskazujący na pojawiający się romantyzm, mimo, że o niczym innym ten film nie jest jak o perypetiach miłosnych. Może instynkty uczuciowe rozwinęły mi się późno, ale sarkazm, ironia i  nawet niekiedy inteligentny dowcip ozdobiony sytuacjami z życia codziennego, w których widzę raz swoją mamę, raz swoją babcię, a nawet z biegiem czasu siebie, były mi bliskie od urodzenia. Chyba wyssałam zamiłowanie do nich z mlekiem matki, bądź dystrybutora. Zaraz po pierwszej części przyszło mi zmierzyć się z drugą- Bridget Jones W Pogoni Za Rozumem- wątkowo nieoderwanej. Dla jednych kontynuacja wielkiej love story, dla innych kontynuacja świetnych dialogów i obrazów dość kontrowersyjnej esencji kobiecości XXI wieku 😉 Obie części oglądałam minimalnie po 3 razy. Oczywiście z każdą kolejną projekcją zauważałam więcej wartościowych rzeczy, umówmy się, że jako dziecko, mimo że dużo rozumiałam, nie mogłam nie wiadomo jak bardzo zachwycać się intelektualną płaszczyzną filmu, która też swoją drogą nie jest bardzo wyszukana, ale na pewno nie przypomina coraz częstszego tworu jakim są dowcipy oparte na zbereźności, czy obleśności, wymiotach, sraczkach, penisach, czy orgazmach. Nie odrzuca mnie tematyka, bo tabu to kwestia umysłu, jednakże to poziom podstawówki, gdzie włączają się podśmiechujki przy każdej wzmiance o seksie, a typowe czynności fizjologiczne, czy ich zaburzenia, są świetnym żartem. Nie wchodzę w to.

tumblr_mj20x2h5zr1r4578no1_500
Bridget Jones’ Diary, 2001

Między 2004, a 2016, prócz liczb w dacie, zmian politycznych, gospodarczych, zmieniła się też twarz Renee, co mnie mocno zasmuciło. Po Courtney Cox reaguję histerycznie na mocne poprawki chirurgiczne zdolnych i urodziwych w swojej naturalności artystek. Bolało w przypadku Dolly Parton, bolało w przypadku Meg Ryan, bolało i tu. Po zdjęciach, które obeszły cały świat nawet przez myśl mi nie przeszło, że z taką facjatą, gdzieś jeszcze ją ujrzę i nie będę się krzywić, a już na pewno nie spodziewałam się, że może tak być w przypadku kolejnej części kultowej komedii. To był swego rodzaju szok. Po tylu latach wznowić tak udaną ekranizację. Zwłaszcza, że po drugiej części książka nie miała swojej kontynuacji, zatem część trzecia przygód Jones nie jest już oparta na bestsellerze Helen Fielding. No i że ta twarz, że będzie na ekranie w Heliosie, a Helios ma duży ekran. Jednak nie było aż tak tragicznie. Charakteryzatorzy zadbali, by esteci spokojnie jedli popcorn.

anigif_original-8288-1458740141-15
Bridget Jones’ Baby, 2016

Bridget Jones’ 3/ Bridget Jones’ Baby to przede wszystkim dobrze wydane pieniądze w kinie, a nie chadzam na komedie, jeśli nie gra w nich mój ulubiony aktor. Jednak tu był obowiązek, tu była umowa, długoletnia, wiążąca, emocjonalny związek dwojga podmiotów, człowieka i filmu.  Abstrahując od miłości do samej serii… Patrick Dempsey. Dla takiego widoku warto wydać niemały pieniądz, zwłaszcza, że nie mamy już przyjemności oglądać go w wielu produkcjach. Po odejściu z Grey’s Anatomy całkowicie poświęcił się samochodom, cokolwiek tam robi. Fabuła nie była zaskoczeniem, sam zwiastun pokazał wszystko, co może się tam wydarzyć, ba, pokazuje to sam plakat promocyjny. Zakończenie tym bardziej nie jest szokiem dla kogoś, kto zna poprzednie części. Więc jak film, który jest tak przeraźliwie przewidywalny może cieszyć się tak wielką popularnością, świetną opinią publiczną, dobrymi recenzjami i zostać okrzykniętym „największą komedią roku”? To pokazuje jak tworzenie filmu jest wielopoziomowe i jak świetność jednego poziomu może przyćmić braki w drugim. Nikt nie spodziewał się tu zwrotów akcji, nikt idąc do kina, znając specyfikę cyklu, nie oczekuje zupełnie niczego prócz dobrej zabawy. I mimo że poszłam na projekcję podczas cholernie trudnego dnia dla mnie, przez te dwie godziny czułam się jak w wesołym miasteczku tylko bez ekscesów w jelitach. Zupełnie inaczej odbiera się film, gdy jest pełna sala i wszyscy reagują na to, co widzą. A chętnych na ten film nie brakuje nadal.

Sytuacja jest dość prosta i rozpoczyna się w najlepszy możliwy sposób, słynnym- All by Myself- zawsze lirycznej Celiny w połączeniu ze skrajnym Jump Around by House of Pain. Co oznacza, że już pierwsza scena przywołuje uśmiech na mojej twarzy. Bridget ciągle pije, żre bluzga i jest przeurocza w ciągłym zmaganiu się z niespełnieniem miłosnym, jedyne co się zmieniło to metryka. W jakże sprzyjających okolicznościach- na pogrzebie- spotyka dawną miłość nudziarza, prawnika, już bez sweterka, stary, zdziadziały Colin Firth. Potem spotykają się na kolejnej uroczystości i wspominają dawne czasy, w łóżku. Jako, że nadal jest w proszku i nie wie,co robić ze swoim życiem, w tak już niewygodnym kobiecie wieku, to wybiera się na ala woodstock, gdzie nie wiem jakim cudem spotyka Boga wśród 50 latków- Dempseya, znajomość, jak to ona, przypieczętowuje z pozoru niezobowiązującym seksem. Wiadomo co następuje, ciąża, zagadka do ostatniej chwili i happy obvious end. Zatem co kryje w sobie trzeci z kolei sukces tej z pozoru życiowej sieroty? W tej części na pewno swą rękę do przyjemności z oglądania przyłożyła bezkonkurencyjna Emma Thompson (notabene odpowiedzialna również za scenariusz) w roli lekarki, pani ginekolog. Postać drugo-, a nawet powiedziałabym trzecioplanowa, niemniej robi ten film w dużej mierze. Postać Marka Darcy (Firth) w każdej części ma ten sam charakter, ma jednocześnie wkurzać swoją malkontencką naturą jak i rozbawiać trafnymi komentarzami. Jack Quant (Dempsey) nie jest kreowany na najbardziej porywający charakter. Ma być przede wszystkim ozdobą wizualną, co nie jest trudne z taką twarzą i jednocześnie ma być zobrazowaniem tego, że nawet największy ideał nie równa się staremu zauroczeniu w Marku- dużo słabiej wypadającej partii w ogólnym rozrachunku.

tumblr_oe9uvljhbg1qly3wvo4_540
Bridget Jones’ Baby, 2016

Postaci z dalszego planu, jak przyjaciele i rodzina, : Tom (James Callis), Miranda (Sarah Solemani ), Shazzer (Sally Phillips), czy zawsze brawurowa Gemma Jones w roli matki Bridget, mimo swoich epizodycznych kwestii nie odstają, nie są zapychaczami dialogów, ale współgrają, niekiedy rozbawiają, a innym razem sprowadzają na ziemie zarówno główną bohaterkę jak i widza. No i na koniec główna postać, od lat niezawodna. Bridget Jones, czyli obłędna, niemal urodzona do właśnie tej roli Renee… Mogłabym postawić między nimi znak równości, bo mimo dobrych kreacji jak we Wzgórzu Nadziei, czy Jedynej Prawdziwej Rzeczy, u boku Meryl Streep, to właśnie ta rola przyniosła jej największą popularność i sympatię. Nie znam wielu tak dopasowanych i już legendarnych postaci, które nie są superbohaterem, czy czarodziejem, a nadzwyczajnie niezwyczajną kobietą zmagającą się ze złymi nawykami i wtopami na każdym polu.

Postać jak i cała produkcja szybko otrzymały nieoficjalny status kultowej i mam nadzieję, że niezależnie, czy powstaną kolejne części, film nie zostanie zapomniany i każde kolejne pokolenie będzie uraczone, co jakiś czas, taką rozrywką w ramówce telewizyjnej.

tumblr_mqf8vu5l5p1s0829po1_500
Bridget Jones: The Edge Of Reason, 2004

Warto zwrócić uwagę na reżyserie całej serii. Otóż, mimo że druga część była stworzona przez innego twórce (reż. Beeban Kidron ) I faktem jest, że jakbym miała wybierać najsłabszą część z tych trzech to wybrałabym właśnie drugą. Za bardzo postawiono na akcję, częste patenty, z podróżą, więzieniem, to już w wielu filmach, a ten akurat nie potrzebuje emocjonujących zwrotów. Cieszy mnie, że do pracy powróciła Sharon Maguire. Po piętnastoletniej przerwie oddaje ten sam klimat, który poczuliśmy przy okazji premiery adaptacji. Poprzeczkę postawiła sobie sama w 2001 roku i doskoczyła do niej z gracją sarenki w roku 2016.

Bardziej niż recenzję chciałam przybliżyć swoją miłość do tego cyklu. Nie zawsze obiektywna ocena będzie się równała wysokiej ocenie, bo trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, że to film wybitnie wysokich lotów nie jest. To jest rozrywka, z humorem na dobrym poziomie, humorem który mi odpowiada, bo prócz sceny z zanoszeniem Bridget na porodówkę, która była komiczna w swoim przerysowaniu, które nie zawsze mi się podoba, jest humor językowy, sytuacyjny, ukazujący skrajne ułomności bohaterki, ale zawsze życiowe.

rs_500x212-160411113959-jones_gif5
Bridget Jones’ Diary, 2001

I tylko dwa słowa o głównym soundtracku. Ellie Goulding po jednym hicie została mianowana przez wielu specjalistką w tego typu kompozycjach. Love me like you do zdobyło popularność równą popularności filmu (50 Twarzy Greya) W przypadku Still Falling For You jest diametralnie inaczej. Piosenka nie osiągnęła sukcesu, nie podbija list, a miliony na YT nabijają się niezwykle powoli. Czy mnie to dziwi? Trochę nie. Polubiłam ten utwór po 10 przesłuchaniu, ale też bez większego szału. Pasuje do zwieńczenia historii i przyjemnie uzupełnia scenę, jednakże pozostanę przy kojarzeniu Bridget z Celine Dion, forever and ever.

tumblr_n0r27woq801s6ic8bo1_500

Cóż można jeszcze dodać? Jestem dozgonnie wdzięczna wszystkim twórcom, że przełamali moją suszę, która jest uciążliwa, zważając na to jak wiele komedii wychodzi na świat i jak bardzo jestem spragniona śmiechu, którego praktycznie żadna z nich mi nie dostarcza. Jestem wdzięczna, że są twórcy, którzy znają granice dobrego smaku, wiedzieli jak utrzymać ten sam poziom i charakter humoru i mimo że przywykliśmy do tego, że to zazwyczaj pierwsza część jest najlepsza tutaj nie wchodzi się w tego typu dyskusje. Jestem też wdzięczna, że nie muszę czytać miliona komentarzy, o zabiciu świetności książki, może dlatego, że trzeciej części książki nie ma, i mój argument automatycznie ssie, ale może i dlatego, że nawet w przypadkach 1 i 2 odsłony, to były świetne adaptacje. Nie mam pojęcia co można byłoby zrobić w części czwartej, dlatego to nie ja jestem filmowcem. Po takim sukcesie ciężko będzie nie oprzeć się pokusie tworzenia „czwórki”. I dobrze.

Bridget, jeśli to czytasz w jakimś równoległym świecie, wiedz, że Cię kocham.

Moja ocena: 7,5/10

***
Nannawerk

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s