“Nieskalana”- Karolina Zielińska

Człowiek myśli, że jest nieobiektywny słuchając artysty, którego lubi, myśli, że jest nieobiektywny, jak ma do czynienia z dorobkiem idola. Zastanawiam się, co z człowiekiem, który staje twarzą w twarz z płytą wydaną przez jedną z najbliższych osób, rodzinę, przyjaciela. Taka recenzja trąca o absurd. Nie widziałam, żeby Solange brała się za publiczne rozczulanie nad „Lemonade” Beyonce, czy Emma Stone za ocenę roli Jennifer Lawrence w „Passengers”. Ale że teraz do mnie doszło, że ani ja Emma ani Solange, więc mam prawo coś napisać. Niemniej takie słowa powinny być przeczytane z przymrużeniem oka, może i dwóch, przesiane przez palce kilkukrotnie, a potem raz jeszcze, w konsekwencji musi być brana na nie poprawka. A szkoda, bo może w tym radykalnym subiektywizmie znajdzie się zaskakująco wiele prawdy. Całe życie bałam się głośno wypowiadać marzenia dotyczące muzyki. Wydawało mi się zarezerwowane dla osób o chociaż kiełkującym talencie, którego niewątpliwie mi brakuje. Znalazłam sobie zatem drugą taką co marzyła. Od czasów kiedy tylko o niej usłyszałam, a owszem, należy do grona osób, o których się słyszało, od kogoś, bo coś- pierwszy level fejmu odhaczony, zatem potencjał na karierę jest. I choć marzenia zazwyczaj są wygórowane, sięgają sfer niedostępnych dla zmysłów, muszą mieć swój fundament, swój start. Może to brzmieć teraz brutalnie dla osoby, o której to jest, że nazywam startem coś, co jest wynikiem wieloletniej, ciężkiej pracy, wyrzeczeń, poświęceń, dużych pieniędzy, łez, załamanych rąk i wiązanek niecenzuralnych słów, jednakże zostanę przy tym. To pierwszy, milowy krok, który ciągnął się w nieskończoność, ale wreszcie stopa została postawiona tam, gdzie powinna, stoi twardo i trzyma w pionie całą resztę ciała i duszy, w których drzemią siły na kolejne wielkie kroki.

Karolina Zielińska- Nieskalana. Dla tych, co znają Karolinę osobiście, albo nawet nieosobiście, to żadne zaskoczenie, że już tytuł jest zapowiedzią dość znamiennej dla Zieliny egzaltacji i bynajmniej nie mówię tego jako negatyw. Jak żyję na Ziemi lat 21 prawię, to nie zdarzyło mi się spotkać kogoś o równie wielkich emocjach, uczuciach, wrażliwości. Mogę tylko zachodzić w głowę jakie to musi być cholernie trudne dla takiej osoby żyć w realiach XXI wieku. Dręczy mnie kwestia przewrotności nazwy płyty, gdyż dobrze wiem, że w tekście utworu o tym samym tytule autorka śpiewa, że nie wie co to dusza nieskalana. Więc jak to z tą nieskalanością, Karolina? Pozostają domysły.

Pamiętam pierwszą zamysł okładki. Był w głowie i notesach Karoliny od lat. Bardzo się cieszę ze zmiany koncepcji. Choć prawda jest taka, że teraz jest ona dla mnie jeszcze bardziej niezrozumiała. Generalnie można zaobserwować, że wzięłam się za tekst o płycie, która jest dla mnie za trudna już na płaszczyźnie tytułu i okładki, spoko, idę dalej. Tak naprawdę dostrzegłam te dzikie zwierzęta w lesie dopiero przy drugim spojrzeniu. Avatary przekazujące sobie jakąś bliżej nieokreśloną substancje, lecz nieprzypominającą śliny, mające w głowach faunę i florę są tak intrygujące, że chyba nawet ciesze się, że nie znam głębi, bo i bez niej czuje, że się topię. W każdym razie jest kobieta jest mężczyzna, jest ich uczucie i ich totemy, symbole, dusze, spirit animal, jak zwał tak zwał.

Epkę otwiera 25+1, nadal nie doszłam, czy jest to mój ulubiony utwór, bo waham się między trzema, a zważając na to, że na płycie jest ich 5 to odrobinę zaszalałam. Pamiętam wieczór, podczas którego Karolina podzieliła się ze mną tym utworem, mimo że tak dzielnie trwała w utrzymywaniu piosenek z dala ode mnie. Było to wakacje, z Natalią, w Międzyzdrojach, szykowałyśmy się chyba na jakieś party hard z desperadosem na trzy. Zapytała, chcesz usłyszeć? Trochę działają mi na nerwy pytania retoryczne. I to był pierwszy raz kiedy Jej płyta, to konkretne „dziecko”, jak to mówią autorzy na swoje dzieła, wywołała u mnie łzy. Drugi raz był już na finishu, w Sylwestra 2016/2017 kiedy do prezentu dołączyła album. Pachnący, świeży, jeszcze ciepły. Tygodniami truła o tym, że nie wyda płyty, że nic nie idzie po Jej myśli, że się przedłuża, że może w połowie 2017, tylko po to, by efekt i zaskoczenie było tak piorunujące. Okrutne, ale skuteczne. Nie chciałabym zdradzać treści, bo nie dostałam na to pozwolenia, w sumie nawet o nie nie pytałam, jednakże może kilka słów o tekście i kompozycji nie zepsuje nikomu, kto ma, odbioru, a narobi „smaka”tym którzy nie mają, a mogą mieć. Karolina zaczęła praktykować pisanie bez określonej formy. Utwory mające klasyczną formę  widocznie stały się niewystarczające. Utwór mający zwrotki refren i bridge? Okej, może być, ale chcę czegoś więcej. Jak pomyślała tak zrobiła, a 25+1 jest pierwszym z tych eksperymentów. Przybiera formę intro nie tylko w swojej zwięzłości, ale też w tekście. Kto się wsłucha ten poczuje się zaproszony do zapoznania się z całym demo. Jak ja biorę się za pisanie utworów łapię za gitarę, długopis, zeszyt, czasami wino. Kilka godzin spędzonych na łóżku robiąc fikołki, chodząc po ścianie, czasami po niej rysując. Dla Pani autorki to znów zbyt banalnie. Ale co się dziwić, w te 5 utworów jest włożone kilka lat, progres jakiego nie wszyscy są świadomi, dlatego zgadzam się, że proces twórczy jako tematyka jednego z utworów to trafiony pomysł. Jakby Nosowska miała o tym napisać, piosenka musiałaby nazywać się „Kur*a” albo „ Papierosy”, gdyby Swift miała stworzyć utwór o tym jak tworzyła album musiałaby albo sobie odpuścić, bo większość jej piosenek powstała w 15 minut, albo musiałaby następny singiel nazwać „Calvin, Tom, and other guys”. Tutaj mamy 25+1, złożony proces, przepełniony smutkiem, walką i właśnie egzaltacją wyłażącą z każdego dźwięku i słowa. Dla niewtajemniczonych jest to wiek autorki ( w roku pracy nad płytą) zrobiła z niego podchwytliwą, matematyczną zagadkę, żeby nikt tak naprawdę nie mógł dojść do tego ile ma lat wraz ze swoim starym czołem. Zatem pamiętajcie o kolejności wykonywania równań, wszystkich całkach i procentach. Nie poddawajcie się, podejmijcie chociaż próbę obliczenia tego ile ma lat, good luck, and may the odds be ever in your favor!

Dobrze, że przechodzimy do drugiego utworu, może dzięki niemu choć trochę będę brzmiała wiarygodnie, gdyż w tym momencie pojawi się mniej entuzjazmu. „Nieskalana” to nie jest mój faworyt wśród wszystkich autorskich numerów Karoliny,a ma ich naprawdę dużo. Jak została świeżo napisana byłam nią zachwycona. Było to ponad 3 lata temu, a przy tak szybkim rozwoju jaki podchwyciła Zielina to jest nierealne dalej się zachwycać chociażby tym tekstem. Słyszałam ten kawałek w wielu wersjach, tylko z gitarą, z zespołem, po angielsku, szybko, wolno, teraz rock, sama nawet stworzyłam swoją wersję ku uciesze świnoujskim turystom, jednakże nie pasuje mi on do tej epki, odstaje stylem piśmienniczym, jego uduchowione metafory już do mnie nie trafiają. To jest niesamowite, że dobry utwór Cię już nie zadowala, bo w 2016 spod pióra autorki wyszły takie teksty, że stare wydają się być niedopracowane, a ja czuje się małym człowiekiem ze złamanym rysikiem w ołówku.

Jeśli już przywykliśmy do zastanawiających tytułów to możemy spokojnie przejść do trzeciej pozycji- Alkowej. Alkowa to wnęka sypialna. Jak już wiemy, co to alkowa w uproszczonych słowach to bez większych kłopotów rozgryziemy sens tekstu, którego tak naprawdę nie trzeba było rozgryzać, wystarczy puścić utwór i z odrobiną skupienia zorientujemy się, że mamy do czynienia ze swoistą sex song! Brzmi grubo, nie? Lecz nie jest to jakieś Body Say, baby make me sweat, a raczej poetycka opowieść o miłości zarówno duchowej jak i tej za satynową kurtyną. Pamiętam jak któregoś dnia zeszłego roku, chyba wczesną wiosną, napisała do mnie, że musi się ze mną podzielić jednym wersem. Mówię, no jedziesz stara, zasuń petardą. I wtedy dostałam „ przygryziony rytm na mej szyi liczysz językiem swym”. Już nawet bałam pytać się o resztę. Spore zaskoczenie, nigdy nie kojarzyłam Karoliny z tego typu odwagą, wiedziałam, że wykłada całą siebie w tekstach, ale nie myślałam, że podejmie się wyzwania by znaleźć odpowiednie i satysfakcjonujące ją zdania do wyrażenia tego typu myśli. To trudne zachować swój styl wysoki, liryczność, poetyckość, a jednocześnie wyrazić wszystko to, co by się chciało na tyle schludnie i dostojnie, by nikt nie doszukał się w tym perwersji. Pięknie to wyszło Brodce, pięknie to wyszło Zawiałow, pięknie to wyszło Zielińskiej.

Aż chce się powiedzieć hit, aż chce się powiedzieć singiel, szlagier! Sens. Dla znajomych stał się troszkę ikoniczny. Nawet nie wiem, w którym momencie i dlaczego.Może z chwilą, gdy usłyszeliśmy go w radio? Trochę był szał, staniki latały, łzy płynęły, wódka się lała. A tak naprawdę przeżywaliśmy ten moment na odległość, ale był wyjątkowy. Sens nie należy do grona najnowszych utworów, ale też jego data ważności się nie przedawniła. Ma za sobą wszelakie możliwe wersje i edycje, ale w konsekwencji trafia na epkę w najlepszej możliwej. Pamiętam fajne czasy, kiedy dostawałam co kilka tygodni jakieś nagranie jakości kalkulatora robione kamerą w laptopie z zapytaniem, co myślę, a czy to jest dobrze, czy to brzmi tu lepiej, czy gorzej. Tym samym sposobem zapoznałam się z Sensem. Wszystko dostawałam tak naprawdę już dobrze dopracowane. U Karoliny w głowie nie ma przypadku. Nie w tekście i nie w muzyce. Nigdy nie mogłam czuć się użyteczna, moje sugestie mogły dotyczyć jednego zdania w kwestii stylistycznej, ale to też tylko może dwa razy się zdarzyło, tyle z moich spełnionych ambicji. Dostałam Sens i znowu- milionowy raz byłam dumna. Kiedy też jesteś autorem tekstów i muzyki, ale przyjaźnisz się z taką osobą łatwo wpaść w kompleksy. Nikogo nie bałam się bardziej pokazując moje wersy.

Ta piosenka ani nie ma skomplikowanej budowy, ani wybitnie odkrywczej treści, rozpatrując go rzecz jasna wyłącznie pod kątem twórczości Zielińskiej, bo na tle tej brei, którą nas karmią radia to każdy Jej utwór jest doznaniem intelektualno-emocjonalnym, ale ma faktor X, który zapewniłby mu popularność. Ma świetną kompozycję, ma wszystko na swoim miejscu, wszystko jest na tyle dobre i spójne, że pozostanie on, w moich oczach, na jeszcze długi czas, najmocniej przypięty do Zieliny, niczym post na tablicy.

No i tak na deser kolejny tytuł prowadzający nas w zakłopotanie, bo teoretycznie słowo znane, ale co ono mogłoby przedstawiać, jak ma być odebrane, paradygmat? Jako przeszła niedoszła polonistka tym bardziej nie wiedziałam jak rozpatrywać nazwę, bo w mojej dziedzinie paradygmat to zespół form fleksyjnych wyrazu lub końcówek wyrazu….. Po krótkiej refleksji doszłam do tego, że taka definicja Zielinie była prawdopodobnie obca, więc pozostaje jedna. Paradygmat jako sposób widzenia. No i okej, kwestia tytułu zamknięta, dość klarowna, całkowicie przeciwnie do reszty słów. Znów podzielę się anegdotą jak doszedł do mnie ten numer. Został mi przedstawiony dość nietypowo, bo go nie usłyszałam. Został mi wyrecytowany. Podczas majówki szłyśmy wczesną godziną poranną centrum Wrocławia, zapytała klasycznie, chcesz? Tak naprawdę błagałam ją o każdy nowy utwór, bo przestała się nimi dzielić, już nie było jak kiedyś z filmikami. Zmieniła proces twórczy i zmieniła sposób przedstawiania owoców. Męczyłam ją, maltretowałam tygodniami, głównie o Alkową, bo kto by nie męczył wiedząc, że jakieś dirty newsy możesz tam przeczytać. Jednocześnie była najbardziej uparta, by tego co mnie najbardziej korci- nie dać. Najpóźniej usłyszałam Alkową. Wracając do Wrocławia o zapachu słońca i dźwięku otwieranej puszki do piwa, wyrecytowała mi Paradygmat. Nie jest głupia, zrobiła to dwa razy widząc moją minę upośledzonej ameby, jakby ameba miała minę, albo chociaż twarz, zatem ameby z uszkodzoną cytoplazmą, bądź wodniczkami. Nie wiem, czy przyznałam się, czy teraz dopiero wychodzę z szafy, że nie wszystko rozumiem w tym tekście. Jest to jednocześnie, według mnie, jeden z najlepszych jej tekstów, jeśli właśnie nie ten najlepszy, ku czemu się skłaniam. Nie to nie tak, że oceniam coś czego nie kumam i nie zauważam, że jest do dupy. Sama mogę sobie to interpretować na sto różnych sposobów, słowa są jasne, nie w tym tkwi problem. Ja chciałabym to zrozumieć znając autorkę, chciałabym wiedzieć, czy to, co czytam i sobie wyobrażam było bezpośrednim bodźcem do napisania, czy może poleciałam za daleko z moją wizją. Mogę domyślać się, że tematy tam zawarte są złożone, dotyczą jakiejś nietrwałości, niestałości, nieumiejętności życia w otaczających realiach. Wszystko jest ubrane w tak trudne frazy, że wymagałoby to osobnej analizy na zajęciach językoznawczych. Jedno jest pewne, kłótnie u ludzi, którym na sobie zależy, dbają o siebie i bądź, co bądź kochają się wraz z zaletami i wadami, działają niezwykle twórczo na artystów, Farna napisała „Mamo”, czy P!ink „Mean”, więc mamy dowody na to, że powiedzenie „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” nie jest bullshitem. Płytę otworzył nieregularny utwór i płytę taki sam zamyka. Sama nie wiem z czego on się składa, chyba tylko ze zwrotek. Jak pierwszy raz go usłyszałam już w wersji studyjnej nasunęła mi się myśl- Virgin. Ktoś by mógł powiedzieć, że to niedobrze, że z czymkolwiek mi się kojarzy. Ale to raczej nieuniknione. Zielina od dawna wypracowała sobie własny styl, którego konsekwentnie się trzyma, a usłyszana iskierka Dody w głosie, niech będzie odbierana wyłącznie jako komplement. Moja mama odnalazła iskrę Edyty Bartosiewicz. Każdy chce być unikalny i takim jest, ale nim takim ukaże się każdemu niech przyjmuje takie komplementy jakimi ktoś umie go obdarzyć. Bo czasami to ma być zwyczajnie w świecie komplement, a nie dążenie do urażenia dumy artysty niezależnego, z pomysłem na siebie.

Nie wiem jak zdefiniować gatunek tej płyty, najbliżej jej do rocka, ale w wersji soft. Ale przy tak skonstruowanej warstwie tekstowej gatunek stał się dla mnie nieistotny, gdzie zawsze grał jedną z kluczowych ról. I pozwolę sobie wejść na wyżyny subiektywizmu, bo wbrew pozorom, wśród tak wielu słów nie zawarłam wiele własnej opinii. To jest poziom, którego nawet ja się nie spodziewałam, a wierzę w Karolinę jak nikt inny, mimo że ona myśli inaczej. Ta płyta to uprzedmiotowienie inteligencji, ekspresji, elokwencji i wrażliwości nie tylko na własne uczucia i konflikty, ale myślę, że na całe społeczeństwo, nawet jeśli nie jest to powiedziane wprost. Czasami piosenkarzom, czy nawet artystom ciężko jest nas zainteresować w 11 utworach. Karolina zrobiła to w 5, być może dlatego, gdyż interesuje mnie każdy jej nowy „płód”, jakkolwiek niepoprawnie to w obecnej sytuacji Polski brzmi, ale być może, dopuśćmy taką myśl, że jest to bestialsko dobra kompozycja. Nieuniknione jest to, że brakuje jej kilku kwestii, chociażby wszystkich żywych instrumentów nagrywanych w studio, choć i tak jak na demo jest to pełen profesjonalizm. I okej, nie wierz mi na słowo, kimkolwiek jesteś, gdziekolwiek to czytasz. Ale zrób dobry gest w kierunku sztuki i zechciej się z tym zapoznać, wesprzeć młodych ludzi, którzy próbują wejść w ten obrzydliwie ciężki przemysł z jak najmniejszą stratą na własnej osobowości, przez co często całują klamki, są odsyłani od drzwi do drzwi, bo nie godzą się na bycie produktem. Jeśli nie dla świeżego powiewu sceny niekomercyjnej i nie dla Zieliny to dla siebie, trening wyrabiania własnej opinii. A nawet jeśli uznasz, że to nadal za mało, nie inwestuj, zgadzam się, żyj zgodnie ze swoimi przekonaniami i upodobaniami, ale gdy tylko będzie taka możliwość, a pewnie kiedyś taka za pośrednictwem internetu powstanie- przesłuchaj, po prostu przesłuchaj. (polecam w słuchawkach dobrej jakości) 

Może Ta dziewczyna nie ma oszałamiającej ilości oktaw, może nie ma jeszcze doprecyzowanej do perfekcji techniki, czy dykcji. Może komuś to przeszkadza na tyle, by nie skusić się na tę prace. Jednak będę się kłócić z każdym, kto będzie kwestionować Karoliny status. Artysta to stan ducha i umysłu. Artysta to jego umiejętnie wykorzystany talent, praca i efekty. Artysta to jakość i wytrwałość. Kiedy grasz, piszesz, komponujesz i śpiewasz- pracujesz na siebie samą, na coś co ma pokazać Ciebie. To jak pracować nad modelem figury woskowej, tylko przewaga figury jest taka, że musi tylko dobrze wyglądać. Łukasz, bez którego tej płyty w takiej formie pewnie tak szybko by nie było, spadł Karolinie z nieba. I teraz mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że nie tylko jej. Wychwala się miłość, wychwala się życzliwość, mówi się o zazdrości, ja oczekuje chwili uwagi dla uczucia jakim jest duma, bo całe życie myślałam, że będę musiała czekać na jej silne uderzenie do czasu aż moje bezzębne dziecko z wycierania dupą paneli przejdzie do fazy chodzenia, albo pierwszy raz nie uleje mu się kleik. I chwalić Pana, że doznałam tego wcześniej, bo to tak cholernie przyjemne. 

Dla mnie jesteś wielka.

Tobie gratuluje najmocniej i najszczerzej jak potrafię,
Innym nieobiektywnie polecam.

Nannawerk

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s